Koronawirus to dopiero początek. Najgorsze czeka nas za 10 lat

Kamil Starczyk

Fot. Kornel Gembala

„Umrzemy, i to czyni z nas szczęściarzy”. Obserwując zmiany na Ziemi w ostatnich dekadach, śledząc ostatnie wyniki badań naukowców od Wschodu do Zachodu, gorycz pojawia się w ustach na myśl o tym, co czeka nasze dzieci – tak jak ich usta zaleje piana złości, gdy pomyślą o tym, co zrobiliśmy, a czego nie zrobiliśmy, aby nas wszystkich od tego uchronić.

Za 10 lat zaatakują nas choroby zakaźne

Wbrew temu, co czytamy, słyszymy i widzimy w mediach, koronawirus nie jest obecnie dla nas największym niebezpieczeństwem – a przynajmniej nie jedynym. Czy słyszeliście np. o ostatnich wynikach badań naukowców z Imperial College London i Uniwersytetu Tel Awiwu, które zostały przedstawione na łamach pisma „Nature Communications”?

Badacze porównywali modele zmian klimatycznych powodowanych zwiększoną emisją CO2 i analizowali, w jaki sposób może to wpłynąć na cykl życia komarów Aedes aegypti, które odpowiedzialne są m.in. za przenoszenie chorób zakaźnych.

Zmiany klimatu spowodowały, że gatunek ten pojawia się w kolejnych krajach, w których warunki stają się dla niego dogodne. A takich krajów jest coraz więcej.

Komary te występują w najcieplejszych częściach świata. Jednak zmiany klimatyczne mogą doprowadzić do tego, że w ciągu dekady pojawią się w takich europejskich krajach jak Hiszpania, Portugalia, Grecja, Turcja, Chiny czy Stany Zjednoczone.

Z powodu wyższej temperatury owady będą obecne przez dłuższy okres w ciągu roku, a mieszkańcy obszarów, na których występują będą dłużej narażeni na zakażenie groźnymi chorobami, które przenoszą.

Świat mądry po szkodzie

Co to dla nas oznacza? Dzisiaj narzekamy na maseczki na twarzy, odwołane imprezy i inne obostrzenia w związku z pandemią. Samolubnie usprawiedliwiamy się wolnością i za wszelką cenę próbujemy obejść wszelkie zalecenia. Bezmyślnie koncentrujemy całą uwagę na walce z COVID-19, uważając, że to najgorsze, co mogło spotkać nas w XXI wieku. Kolejny miesiąc nasze działania koncentrują się na liczeniu kolejnych przypadków zakażeń wirusem, jakby inne choroby miały mniejszą „wartość”. Z danych WHO z 2014 roku wynika, że aż 422 mln dorosłych cierpiało na cukrzycę, a rocznie umiera na nią więcej osób niż na AIDS malarię czy gruźlicę. Dlatego siedźmy w domu i nawadniajmy się słodzonymi napojami.

Panika, głupota czy celowy zabieg, aby odwrócić uwagę społeczeństwa?

Za kilka lat koronawirus będzie traktowany przez nas tak jak dzisiaj grypa, a świat znów się zatrzyma – zaskoczony, jak kiedyś kierowcy zimą – gdy gwałtowanie rozprzestrzeniać się zaczną egzotyczne choroby zakaźne, takie jak denga, zika czy żółta febra. Przenoszące je komary mogą pojawić się na południu Europy na przestrzeni kilku najbliższych lat.

Co wtedy zrobimy? Zamienimy maseczki na szczelne kombinezony? Zamkniemy się w domach i nie będziemy otwierać okien, w nadziei, że insekt nie przedostanie się do środka przez szparę we framudze? Będziemy trzymać dwumetrowy dystans od owadów, których ciała osiągają maksymalnie 6 mm długości?

Znaczne ograniczenie emisji gazów cieplarnianych pomogłoby spowolnić ten proces. Tak – tylko spowolnić. W najlepszym wariancie będziemy szczęściarzami, którzy umrą i zostawią ten armagedon kolejnemu pokoleniu.

Znów będziemy działać po fakcie. Przez najbliższe dwa lata będziemy liczyć kto już był, a kto jeszcze nie był zakażony koronawirusem, a gdy pandemia wygaśnie, wyposzczeni rzucimy się w wir imprez, podróży i pracy. Kto normalny przejmowałby się wtedy jakimiś komarami?

Zemsta Ziemi za śmierć i konsumpcjonizm?

Ptasia grypa czy świńska grypa – wszystkie źródła epidemii ostatnich lat prowadzą do zwierząt. Koronawirus najprawdopodobniej przeszedł na człowieka od pożartego na surowo zwierzęcia na chińskim targowisku. Wg naukowców z South China Agricultural University wirus może pochodzić od łuskowca.

Tyle mówimy o inteligencji zwierząt. Skoro sami nie potrafimy, może one chcą, abyśmy się opamiętali. Czy to możliwe, aby były w stanie na nas się zemścić?

W książce noblistki Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, którą sfilmowała Agnieszka Holland („Pokot”), przez spokojną okolicę przetacza się fala morderstw, których ofiarą padają miejscowi myśliwi. Niemal przez całą historię jesteśmy przekonani, że to zwierzęta mszczą się na ludziach. Już William Blake pisał: „Błąkająca się Sarna po lesie / Ludzkiej Duszy niepokój niesie”.

Śmierć nie ma twarzy zakapturzonej postaci z kosą w ręku. Śmierć ma Twoją i moją twarz. Od 1970 roku wyginęło 60 proc. dzikich zwierząt. Od roku 2006 nie zaobserwowano żadnego żyjącego przedstawiciela zachodnioafrykańskiego podgatunku nosorożca czarnego. Przyczyną jego zagłady było przede wszystkim kłusownictwo, podobnie jak i w przypadku tygrysa kaspijskiego, foki mniszki kaspijskiej czy tajwańska pantera mglista.

Ostatni przedstawiciel gigantycznych żółwi słoniowych, 100-letni żółw George, którego śmiało mogłoby dosiadać kilkuletnie dziecko – o ile nie odżywia się w McDonaldzie – zmarł w 2012 roku. Już nigdy nie będziemy wypatrywać, mrużąc oczy od słońca Florydy, bagiennika żółtoczelnego, bowiem ostatni ptak zmarł w 1987 roku na skutek oprysków środkami owadobójczymi DDT i destrukcji siedlisk naturalnych.

Śmierć otacza nas zewsząd. Co pół sekundy na świecie umiera człowiek. Co 5 sekund na świecie umiera głodne dziecko, którego życie mogłyby uratować nadwyżki z lodówki, które wyrzuciliśmy na śmietnik czy niedojedzone ciastko, pozostawione w kawiarni, gdy te jeszcze normalnie funkcjonowały.

Jesteśmy królami śmierci i konsumpcjonizmu. Często bezmyślnymi i leniwymi, którzy reagują po fakcie, uważają się za panów świata, żerując na nim, eksploatując go jak szkodniki – a ich cykl egzystencjalny składa się z rozłożonych w czasie procesów autodestrukcyjnych.

Efekt motyla

Czy ja sam mogę cokolwiek zrobić? Czy mogę wpłynąć na bieg historii? Gdyby wszyscy, którzy mają taką rozterki, zebrali się, bylibyśmy siłą, której nie można zignorować. Ale czy ktoś dotrwał do końca tego tekstu? Jeżeli tak, odezwij się.

Ponad sto lat temu myśl o tym, że kobiety będą miały prawa wyborcze, była czymś rewolucyjnym. Dziś myśl o tym, że mogłyby ich nie mieć wydaje się abstrakcją.

Zmiany nie zachodzą w sposób przewidywalny ani wedle określonego schematu. Zmiana nie jest czymś prostym i wymaga wyjścia poza strefę komfortu. Zmiana musi zacząć się w nas samych.

Czy taki wpis na blogu może być początkiem zmiany? Trzepot skrzydeł motyla, np. w Ohio, może po trzech dniach spowodować w Teksasie burzę piaskową. A Ty? Nadal chcesz czekać?

Zegar już zaczął odliczanie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *